Drogi Przyjacielu!
Miałam kilka dni przerwy, za które bardzo Cię przepraszam, bo wiem (poniekąd z własnego doświadczenia), że nie ma nic gorszego niż czekanie na coś, co szybko nie następuje...
Już sama się zatraciłam w tym, po co mi to wszystko. Po co jest mi ten cały głupi blog, na którego i tak nikt nie zagląda, a ja tracę tylko czas wypluwając z siebie bezsensowne zdania? Nie potrafię ponownie odnaleźć w tym celu... Jeśli będę pisała rzadziej - nie gniewaj się. ani nie bądź rozczarowana. To nic personalnego.
Mam teraz trochę nowych problemów. Generalnie tak, jak na początku Ana dawała mi radość i szczęście, teraz przerodziło się to w ogromną nienawiść. Do samej siebie. Do swojego ciała.
Stwierdziłam, że jestem beznadziejna. Nie potrafię nic zrobić dobrze, wciąż coś zawalam i tak naprawdę straciłam sens tego, że istnieję. Dlatego gdzieś w środku przesunęłam datę końca. To nie może być za pół roku. Nie wytrzymam.
Ale wiem, że jeszcze nie teraz, nie dzisiaj i nie jutro. Jeszcze chcę zobaczyć, co przyniesie kolejny dzień i czy będzie to spadek wagi. Nie wiem, jak długo będę potrafiła się łudzić i żyć nadzieję na sukces, a kiedy po prostu się poddam. Ale jednego jestem pewna - kiedy się poddam, nie zawaham się ani sekundy. Moje życie i moje warunki, jak je skończę.
Ale to są na razie przyszłościowe rozmyślania. W końcu każdy musi mieć jakieś plany, nie? Na pewno to nie powód do zmartwień - jeszcze trochę się przemęczę. Przynajmniej spróbuję.
Jakiś ponury ten "list". Nie chcę być ponura. Tak jak nie chcę być gruba. Ostatnio to zdanie powtarzałam sobie na głos przez kilka godzin w nocy - i pomogło! Teraz nawet nie spoglądam na coś, co ma jakiekolwiek kalorie w sobie. Chyba, że matka każe mi to zjeść. Na szczęście to się zdarza rzadko. teraz mam nieco większy wpływ na ilość. Myślę, że dziennie mieszczę się w 800 kcal. Czasem może mniej. To prawie połowa tego, co powinnam organizmowi dostarczać. Ale w końcu chcę, żeby głupie ciało chudło. Nie ma innego wyjścia.
Ale nie chcę żeby ktoś pomyślał, że mam anoreksję! Nie! Moja psychoterapeutka też tak twierdzi i w ogóle nie przyjmuje do wiadomości moich argumentów, twierdząc, że próbuję ją zmanipulować:
1. Czy ja do cholery wyglądam, jak anorektyczka? NIE. Jestem obleśna, mam grube ramiona, okropne uda, które się na górze obleśnie łączą i brak talii. To mi bardziej pachnie wagą w normie niż niedowagą...
2. Nikt nie chce być chory - ja też nie. Świadomie nie skazałabym siebie na chorobę.
3. Jeżeli już ktoś jest chory to zdaje sobie z tego sprawę, bo to czuje - ja nie mam tego poczucia. Tyle.
To bardziej styl życia, więc ciężko jest zalecić - dziewczyno, lecz się.
Ale trochę za daleko poszłam w tych rozważaniach, bo zaczęłam prawić o anoreksji. A chciałam Ci opowiedzieć o czymś innym.
O kolejnym powodzie samobójstwa.
Przedwczoraj w nocy miałam koszmar. Słyszałam, że sny, odpowiednio zinterpretowane, są odzwierciedleniem tego, co dzieje się w naszym mózgu. W związku tym to, co ja zobaczyłam było straszne.
Pierwszy obraz - 2 września, spotkanie po miesiącu z chłopakiem - uściski, pocałunki - słowem, wielka miłość.
Drugi obraz - jadę do stajni swoim samochodem, zatrzymuję się na stacji benzynowej. Widzę mojego chłopaka z kolegą, jak wysiadają z auta na przeciwko. Wyciągają pistolety i naciągają kominiarki na twarz - zbliża się napad. Proszę ich, żebym mogła odjechać, bo nie chcę się w to mieszać. Mój chłopak mi nie pozwala.
Trzeci obraz - Generalnie nie widzę całej akcji napadu. W tym momencie jestem sam na sam z nim i jego kolegą. To jeden ze starszych o rok chłopaków z naszego gimnazjum. Ma kamerę.
Mój chłopak grozi mi pistoletem, zostaję postrzelona, niegroźnie. Każe mi się rozebrać, co jest skrzętnie nagrywane przez rechoczącego się kumpla. Stoję naga na śniegu, po policzkach płyną mi łzy, próbuję się jakoś zakryć. Uczucie wstydu i upokorzenia jest wręcz namacalne. Długo po przebudzeniu jeszcze je czuję. Ostatnie o co mój chłopak mnie prosi to to, bym rozpuściła włosy.
Potem podchodzi do mnie, obejmuje i szepcze: Miłych wakacji, kotku. Wyrywam się.
Pięty obraz - Płaczę. Zalewam się łzami i nie potrafię powstrzymać napływających wspomnień z ostatniego przeżycia.
Szósty, zarazem najmocniejszy, jaki zarejestrowałam - w swoim pokoju wieszam się.
Naiwność, rozczarowanie, wstyd, upokorzenie, depresja, załamanie, łzy, samobójstwo...
Miałam kilka dni przerwy, za które bardzo Cię przepraszam, bo wiem (poniekąd z własnego doświadczenia), że nie ma nic gorszego niż czekanie na coś, co szybko nie następuje...
Już sama się zatraciłam w tym, po co mi to wszystko. Po co jest mi ten cały głupi blog, na którego i tak nikt nie zagląda, a ja tracę tylko czas wypluwając z siebie bezsensowne zdania? Nie potrafię ponownie odnaleźć w tym celu... Jeśli będę pisała rzadziej - nie gniewaj się. ani nie bądź rozczarowana. To nic personalnego.
Mam teraz trochę nowych problemów. Generalnie tak, jak na początku Ana dawała mi radość i szczęście, teraz przerodziło się to w ogromną nienawiść. Do samej siebie. Do swojego ciała.
Stwierdziłam, że jestem beznadziejna. Nie potrafię nic zrobić dobrze, wciąż coś zawalam i tak naprawdę straciłam sens tego, że istnieję. Dlatego gdzieś w środku przesunęłam datę końca. To nie może być za pół roku. Nie wytrzymam.
Ale wiem, że jeszcze nie teraz, nie dzisiaj i nie jutro. Jeszcze chcę zobaczyć, co przyniesie kolejny dzień i czy będzie to spadek wagi. Nie wiem, jak długo będę potrafiła się łudzić i żyć nadzieję na sukces, a kiedy po prostu się poddam. Ale jednego jestem pewna - kiedy się poddam, nie zawaham się ani sekundy. Moje życie i moje warunki, jak je skończę.
Ale to są na razie przyszłościowe rozmyślania. W końcu każdy musi mieć jakieś plany, nie? Na pewno to nie powód do zmartwień - jeszcze trochę się przemęczę. Przynajmniej spróbuję.
Jakiś ponury ten "list". Nie chcę być ponura. Tak jak nie chcę być gruba. Ostatnio to zdanie powtarzałam sobie na głos przez kilka godzin w nocy - i pomogło! Teraz nawet nie spoglądam na coś, co ma jakiekolwiek kalorie w sobie. Chyba, że matka każe mi to zjeść. Na szczęście to się zdarza rzadko. teraz mam nieco większy wpływ na ilość. Myślę, że dziennie mieszczę się w 800 kcal. Czasem może mniej. To prawie połowa tego, co powinnam organizmowi dostarczać. Ale w końcu chcę, żeby głupie ciało chudło. Nie ma innego wyjścia.
Ale nie chcę żeby ktoś pomyślał, że mam anoreksję! Nie! Moja psychoterapeutka też tak twierdzi i w ogóle nie przyjmuje do wiadomości moich argumentów, twierdząc, że próbuję ją zmanipulować:
1. Czy ja do cholery wyglądam, jak anorektyczka? NIE. Jestem obleśna, mam grube ramiona, okropne uda, które się na górze obleśnie łączą i brak talii. To mi bardziej pachnie wagą w normie niż niedowagą...
2. Nikt nie chce być chory - ja też nie. Świadomie nie skazałabym siebie na chorobę.
3. Jeżeli już ktoś jest chory to zdaje sobie z tego sprawę, bo to czuje - ja nie mam tego poczucia. Tyle.
To bardziej styl życia, więc ciężko jest zalecić - dziewczyno, lecz się.
Ale trochę za daleko poszłam w tych rozważaniach, bo zaczęłam prawić o anoreksji. A chciałam Ci opowiedzieć o czymś innym.
O kolejnym powodzie samobójstwa.
Przedwczoraj w nocy miałam koszmar. Słyszałam, że sny, odpowiednio zinterpretowane, są odzwierciedleniem tego, co dzieje się w naszym mózgu. W związku tym to, co ja zobaczyłam było straszne.
Pierwszy obraz - 2 września, spotkanie po miesiącu z chłopakiem - uściski, pocałunki - słowem, wielka miłość.
Drugi obraz - jadę do stajni swoim samochodem, zatrzymuję się na stacji benzynowej. Widzę mojego chłopaka z kolegą, jak wysiadają z auta na przeciwko. Wyciągają pistolety i naciągają kominiarki na twarz - zbliża się napad. Proszę ich, żebym mogła odjechać, bo nie chcę się w to mieszać. Mój chłopak mi nie pozwala.
Trzeci obraz - Generalnie nie widzę całej akcji napadu. W tym momencie jestem sam na sam z nim i jego kolegą. To jeden ze starszych o rok chłopaków z naszego gimnazjum. Ma kamerę.
Mój chłopak grozi mi pistoletem, zostaję postrzelona, niegroźnie. Każe mi się rozebrać, co jest skrzętnie nagrywane przez rechoczącego się kumpla. Stoję naga na śniegu, po policzkach płyną mi łzy, próbuję się jakoś zakryć. Uczucie wstydu i upokorzenia jest wręcz namacalne. Długo po przebudzeniu jeszcze je czuję. Ostatnie o co mój chłopak mnie prosi to to, bym rozpuściła włosy.
Potem podchodzi do mnie, obejmuje i szepcze: Miłych wakacji, kotku. Wyrywam się.
Pięty obraz - Płaczę. Zalewam się łzami i nie potrafię powstrzymać napływających wspomnień z ostatniego przeżycia.
Szósty, zarazem najmocniejszy, jaki zarejestrowałam - w swoim pokoju wieszam się.
Naiwność, rozczarowanie, wstyd, upokorzenie, depresja, załamanie, łzy, samobójstwo...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz