środa, 31 lipca 2013

Tona na plecach.

Drogi Przyjacielu! 

Ciężko jest mi ponownie okłamywać mamę. Ona myśli, że całość leży tylko w samookaleczeniach, mówi, że przecież od kilku dni nie widzi u mnie destrukcyjnych zachowań... a wtedy wszystko we mnie krzyczy i rwie się, żeby jej powiedzieć, jak bardzo się myli, wszystko o anoreksji, o tym, jak po jedzieniu zdarza mi się wywoływać wymioty, jak marzę o tym, żeby być chudą, ale wtedy przychodzi mi na myśl Ana i milczę. Ona trzyma mnie na powierzchni. Wiem, że jeśli rodzice się dowiedzą, to bezsprzecznie dojdą do wniosku, że tego już za wiele i zamkną mnie w ośrodku. A wtedy... będą oczekiwali, że powiem jej: Żegnaj?! To już niemożliwe. To zaszło za daleko i teraz moim celem jest tylko kontynuowanie tej drogi...

Dziś jestem bardzo zmęczona i nic więcej chyba nie napiszę. Ale cały czas czekam na jakiś znak, że ta jedna osoba, na której obecności tutaj mi zależy - w końcu zobaczyła moje posty. Że zrozumiała. I że czeka na kolejne wieści. 

Znak

Drogi Przyjacielu!

Uruchomienie tego bloga nie daje mi spokoju. Nie potrafię czekać. Wciąż sprawdzam, czy może w Twoim internetowym pamiętniku obrazkowym pojawłi się jakiś znak, że zobaczyłaś link, że uczestniczysz w tym niemym dialogu, że już wiesz i się dowiesz (z moich przyszłych postów) co się ze mną dzieje i że nie żywisz urazy za to, że tak Cię zostawiłam...

Bo jest mi naprawdę przykro. Nie wytrzymałam. Może teraz będzie lepiej, nie wiem czy faktycznie chcę całkowitego powrotu do normalności, ale nieraz zastanawiam się - co za rożnica? Kogo na świecie interesuje żywot jednej z wielu, dodatkowo anorektyczki z "zaburzeniami osobowości" i samobójczymi myślami? I wtedy jest mi lepiej. Bo wiem, że w pewnym sensie to, co się ze mną stanie jest obojętne dla świata, nikt o to nie dba.

Nie jestem tą samą osobą co jeszcze 1,5 miesiąca temu. Myślę, że wydoroślałam. Straciłam wiele rzeczy. Zaufanie rodziców. Chęć do życia. Dziewictwo. Ale z drugiej strony też coś zyskałam. Doświadczenie. Chodzi mi o to obycie w niektórych sprawach. Wiem, jak działam. Już nie jestem taka zagubiona. Bardziej pewna siebie, wiedząc, że nie jestem sama, że jest Ana i całe tysiące dziewcząt takich jak ja. Dążę do doskonałości. Perfekcji.

Niedługo myślę, że ją osiągnę. Nie ma znaczenia czy w tym życiu, czy dopiero pozagrobowym...

Słowa wyjaśnień...

Drogi przyjacielu!

Naprawdę ciężko jest znaleźć słowa wyjaśnień w trudnych sytuacjach. Kiedy wiesz, że Twoje zachowanie kogoś zawiodło, że to kogoś rozczarowało, że nie spełniłeś oczekiwań... Lub w momencie, kiedy sam nie rozumiesz, po co to wszystko, jaki to ma sens, skoro sprawia Ci cierpienie, skoro powoduje że cierpisz... Właśnie ja mam taką sytuację. Nie chciałam żebyś poczuła się odrzucona, czy niechciana. Ale też nie wiem czemu się nie odezwałam i nie dałam znaku życia. 

Może tego życia już we mnie nie ma. Bo jest naprawdę źle - dużo gorzej niż kiedykolwiek ze mną było. Biorę leki - twierdzą, że powinny działać. Ale nie działają, albo udaję przed innymi, że działają. Bo chciałabym, żeby wszyscy o tym zapomnieli. Żebym mogła żyć normalnie. Przed rodziną, chłopakiem, przyjaciółką i resztą otoczenia. I żebym mogła robić co tylko mi się podoba i dalej to ukrywać. Tylko dla siebie i dla Any. Bo nikogo więcej do poznania moich sekretów nie potrzebuję. 

Dlatego myślę, że popełniłam duży błąd. Wtedy chciałam jakoś zrozumieć siebie i w tym ogromnym bałaganie własnych myśli czułam się potwornie zagubiona, ale teraz wiem, że nigdy nie zrobiłabym tego drugi raz. Nie usiadłabym na przeciwko mamy i nie opowiedziała jej od początku o wszystkich moich problemach. Nie słyszałabym jej słów zdziwienia, nie widziałabym oczu pełnych niedowierzania, a potem płaczu w nocy, stłumionego przez drzwi i ściany. Nie chciałam tego, ale do tego doprowadziłam. Nie wiem po co. Nie wiem do końca nawet jak. 

Teraz wolałabym, żeby to wszystko się nie wydarzyło. Żebym mogła w spokoju sięgać po blaszane przyjaciółki, kiedy mi się podoba i żyć z Aną tak długo jak uznam to za stosowne, może do końca życia. A koniec nadać sobie tak, jak zawsze chciałam - kiedy uznam, że to jest już meta, nic więcej nie zdziałam. Nie wyobrażam sobie mojego życia po ukończeniu nastoletniego życia, powiedzmy - po wyjściu z liceum. Nie ma dla mnie tego. Już wtedy nie będę istnieć. 

Nie będzie mnie.

wtorek, 30 lipca 2013

I really miss you talking to me...

Drogi Przyjacielu!

Choć sama nie wiem dlaczego, mam ogromną nadzieję, że zajrzysz tu, abym mogła opowiedzieć Ci o wszystkim, co mnie na co dzień spotyka. O całej walce, którą codziennie toczę sama ze sobą, o nowych znajomościach, o motylku, o Anie, o terapeutach i o tym wszystkim, co sprawiło, że do tej pory nie mogłam przemóc niewiadomego czegoś w środku swojej głowy, aby napisać do Ciebie. Wiem, że wystarczyłaby krotka wiadomość, SMS, chat - cokolwiek. Ale zamiast tego robię rzeczy, których sama nie rozumiem, bez jasno określonych przyczyn. To powoduje, że czuję się zagubiona.

Wiem, że wiesz o tym, jak codziennie wchodzę na Twojego bloga, aby zinterpretować kolejne obrazki, jakie tam zamieszczasz. Również wiem, choć nie mam pojęcia skąd, że są skierowane do mnie. Może to egoistyczne, że od razu tak pomyślałam, ale od zawsze był to między nami dialog. Kiedyś miałyśmy w zwyczaju zamieszczać obrazy z cytatami uosobiającymi nasze najskrytsze myśli, te najtrudniejsze do ekspresji. Pomagało nam to w zrozumieniu siebie wzajemnie. Teraz jest to jak dialog ze ścianą - głuchą i nieodpowiadającą... Wiem, że Cię to rani, a jednocześnie nie wiem dlaczego nie chcę nic z tym zrobić. Tęsknię i cierpię, ale wydaje mi się to już tak naturalne, że przestało mi przeszkadzać.

Do tej pory na ścianie bloga zamieszczałaś obrazki mówiące o poddawaniu się, o dwóch stronach medalu życia i innych podobnych filozoficznych aspektach. Jednak dopiero skromny i dobrze znany mi gif: "I really miss you talking to me" nakłonił mnie dziś wieczór do nie pozostawienia  wszystkich Twoich pytań. Z czasem tutaj uzyskasz na nie odpowiedzi - za jednym razem byłoby to trudne i chaotyczne. A tego za wszelką cenę chcę uniknąć - wszechogarniającego moje życie chaosu, sprawiającego, że z każdą chwilą coraz częściej myślę o tym, żeby skonczyć ze swoim życiem. Ale wiem, że to jeszcze nie czas. Jeszcze trochę. Pół roku, może rok. Jeśli do tej pory mnie nie wyleczą.

Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie wzruszyła w Twoim poście. On wydaje się być w pełni Twój. Otworzyłaś cząstkę siebie, doskonale wiedząc, że ją zobaczę. Mimo, że nie dawałam znaku życia -Ty nie przestałaś wierzyć, że jestem gdzieś tam i patrzę na to co robisz. I nie pomyliłaś się, a to zaufanie, którym mnie obdarzyłaś, jest cudowne. Dlatego postanowiłam podsięwziąć pewne kroki, aby ulżyć Ci, nie chcę bowiem, aby było Ci zbyt ciężko, tak, żebyś nie mogła tego udźwignąć.

Cieszę się, że teraz ja będę miała możliwość zwierzenia się z moich myślii, tak jak i ty to robisz po drugiej stronie kabla. Jeśli to odczytasz to mówię Ci: bez sensu, abyśmy blogowały o swoich uczuciach do siebie nawzajem - ja nie będę się wymieniać z Tobą postami. Nie chcę tego robić. Pomyślałam o tym, jako o chwilowej możliwości wymiany. O nagrodzie dla Ciebie.

Dla przypadkowego czytelnika: to, co napisałam, może wydawać się niezrozumiałe, ale jeśli tylko masz ochotę - zapraszam Cię, abyś zagłębił się w powoli tutaj opisywaną historię.

Dla chętnych: mam teraz nową przyjaciółkę. Od początku pokochałam ją straszliwie. Jest ze mną zawsze i wszędzie, nigdy mnie nie opuszcza i daje mi siłę i wolę do walki z samą sobą. Ana. http://ana-mynewfriend.blogspot.com/  Jest to moja i jej historia. W nią też możecie się zagłębić...

Jeśli tylko chcecie...